Śpiączka

Ciekawostki, komórki macierzyste, wybudzenia...

Pępowiną do niedawna nikt się nią nie interesował. Znacznie większą uwagę przywiązywano do łożyska jako źródła hormonów dla przemysłu kosmetycznego. Natomiast samą pępowinę - ok. półmetrowy \”sznur\” łączący rozwijający się płód z łożyskiem - najzwyczajniej wyrzucano do śmieci. Dopiero na początku lat 90. lekarze doszli do wniosku, że kilkadziesiąt mililitrów krwi wypełniającej ciągnące się wewnątrz pępowiny naczynia to niezwykle cenny materiał biologiczny. Krwią pępowinową zaczęto leczyć chorych, którym z różnych względów nie można było przeszczepić szpiku. Dziś niektórzy zapobiegliwi rodzice (także w Polsce) mogą odpłatnie przechowywać krew pępowinową swoich nowo narodzonych pociech, traktując ją jako swego rodzaju polisę na życie w razie niektórych nowotworów czy chorób układu odpornościowego.

To, że krew pępowinowa zawiera komórki, z których mogą powstać białe i czerwone krwinki nie było aż tak wielkim zaskoczeniem. Dziś okazuje się, że w tkance tej drzemią znacznie większe możliwości. Są w niej bowiem komórki, z których można otrzymać struktury nie mające nic wspólnego z krwią, a mianowicie komórki nerwowe i to nie jednego, ale aż trzech rodzajów. Wyhodował je zespół w składzie: Leonora Bużańska, Barbara Zabłocka, Krystyna Domańska-Janik z Centrum Medycyny Doświadczalnej i Klinicznej PAN w Warszawie oraz Eugeniusz Krzysztof Machaj i Zygmunt Pojda z Zakładu Hematologii Eksperymentalnej Centrum Onkologii w Warszawie.

Przykro mi, tego nie naprawiam…

- Odkrycie było na tyle zaskakujące, że recenzenci poprosili nas o uzupełnienie doświadczeń i wszystkie dane prześwietlali z wielką skrupulatnością - opowiada dr Bużańska. - Zabrało to kilka dodatkowych miesięcy, wreszcie jednak doczekaliśmy się publikacji w dobrym czasopiśmie - \\\”Journal of Cell Science\\\” (publikacja ukazuje się 15 maja w środę).

- Po co w ogóle braliśmy się za hodowlę ludzkich komórek nerwowych i skąd pomysł z krwią pępowinową?

Otóż od pewnego czasu lekarze wiążą ogromne nadzieje z rodzącą się nową dziedziną wiedzy - tzw. medycyną regeneracyjną. Chodzi o naprawianie chorych zużytych narządów i tkanek zdrowymi komórkami. Jednymi z najbardziej poszukiwanych są właśnie komórki nerwowe. Dlaczego? Bo nasz organizm sam wyjątkowo niechętnie naprawia jakiekolwiek uszkodzenia powstałe w tkance nerwowej. Widać zbyt duże tu ryzyko popełnienia błędu, więc na wszelki wypadek ewolucja \\\”uznała\\\”, że za takie naprawy najlepiej w ogóle się nie brać. Medycyna ma także wciąż stosunkowo niewiele do zaoferowania osobom cierpiącym na chorobę Alzheimera czy Parkinsona, pacjentom po udarze mózgu czy sparaliżowanym w wyniku wypadku. A zatem idealnym rozwiązaniem byłyby nowe, chętne do pracy, lecznicze komórki. Tylko skąd je wziąć?

To nie, to nie, więc może to?

Teoretycznie najlepiej z ludzkich zarodków. Na wczesnym etapie rozwoju wypełniają je tzw. zarodkowe komórki macierzyste. Potrafią one przekształcić się w dowolną z ok. 220. rodzajów komórek, jakie budują nasze ciało, a więc równie dobrze stać się częścią oka, wątroby, jak i mózgu. Są jednak dwa ale. Po pierwsze, po to, by mieć dostęp do takich komórek, nie ma wyjścia - trzeba zniszczyć ludzki zarodek. A to dla wielu ludzi z punktu widzenia etyki jest niedopuszczalne. Po drugie, takie młodziutkie komórki, których losy są całkowicie otwarte, niosą ze sobą pewne niebezpieczeństwo. Mogą bowiem wymykać się spod kontroli i przekształcać w komórki nowotworowe.

Skoro nie z zarodków, to może uzyskać je z poronionych ludzkich płodów? O tym, że tkanka nerwowa pochodząca z tego źródła wszczepiona do mózgu osób cierpiących na chorobę Parkinsona potrafi poprawić ich stan zdrowia wiadomo od kilkunastu lat. Najwięcej tego typu zabiegów wykonano w Szwecji, swego czasu przeprowadzano je też w warszawskim Szpitalu Bródnowskim. I tu jest jednak poważne \\\”ale\\\” etyczne. Do tego dochodzą problemy z dostępnością płodowej tkanki, do jednego zabiegu używano bowiem na ogół aż 6-7 płodów.

No to może komórki macierzyste wydobyte z dorosłego organizmu? Od momentu odkrycia, że dorosły ludzki organizm w ogóle posiada tego typu niewyspecjalizowane komórki, nie przestają one fascynować naukowców. Zaledwie cztery lata temu okazało się, że w naszym mózgu komórki nerwowe nie tylko umierają, ale także wciąż powstają nowe ze znajdujących się tam tzw. dorosłych komórek macierzystych. Są one zdolne do podziałów i teoretycznie mogą stanowić \\\”zapas\\\” do uzupełniania własnych komórek mózgu, jak również materiał wyjściowy do hodowli w laboratorium. Ale i one mają słabe strony. Ich liczba jest nieznaczna, co stawia pod znakiem zapytania możliwości leczenia nimi konkretnych pacjentów za pomocą tzw. przeszczepu autologicznego (pacjenta leczy się jego własnymi komórkami). Można je również wydobyć z mózgów osób zmarłych, jednakże wtedy są silnie naznaczone piętnem dorosłego gospodarza i wszczepiane do organizmu biorcy wywołują wyraźną reakcję immunologiczną.

Co zatem pozostaje? Coś pośredniego między zarodkiem a dorosłym organizmem, czyli właśnie krew pępowinowa. Składa się ona wyłącznie z komórek pochodzenia płodowego, które zdaniem hematologów są znacznie bardziej obiecujące niż te pobrane od osób dorosłych. - Postanowiliśmy to sprawdzić - mówi prof. Domańska-Janik.

Jesteśmy pierwsi!

Za zgodą rodzących kobiet bezpośrednio po porodzie pobrano krew pępowinową, z której udało się uzyskać populację identycznych dzielących się jak w zegarku komórek. Ku radości badaczy okazały się one prekursorami komórek nerwowych. Każda z nich posiadała bowiem szczególny, im tylko właściwy znacznik genetyczny. - W tym momencie mieliśmy już pewność, że nie wyrosną z nich ani składniki krwi, ani nic innego, a wyłącznie komórki występujące naturalnie w ludzkim mózgu - opowiada dr Bużańska. Cała sztuka polegała jednak na tym, by je wyhodować.

Dokonano tego na dwa sposoby. Pierwszy polegał na cierpliwym dobieraniu pożywki pod kątem odpowiednich czynników wzrostowych, przy czym sprawdziła się tu odwieczna metoda prób i błędów. Drugi na umieszczaniu niezróżnicowanych ludzkich komórek w towarzystwie dorosłych komórek nerwowych szczura. - Przygotowywaliśmy coś w rodzaju szczurzego minimózgu na szkiełku, a potem nanosiliśmy na niego nasze komórki - tłumaczy dr Bużańska. - Okazało się, że te, nie zważając na barierę międzygatunkową, dopasowywały się idealnie do sąsiadek i przekształcały we wszystkie trzy podstawowe typy komórek budujących mózg. Ostatecznie i jedną, i drugą metodą udało się uzyskać neurony, których zadaniem jest przewodzenie impulsów, odżywcze astrocyty, a także odpowiedzialne za wytwarzanie osłonki przyspieszającej przekazywanie sygnałów oligodendrocycty.

Nikomu na świecie do tej pory ta sztuka się nie udała, tym większa duma naszych naukowców z tego dokonania. W trakcie przygotowywania publikacji konkurencyjny zespół z USA wyhodował w podobny sposób neurony i astrocyty. - Ale to my jesteśmy lepsi, bo mamy komplet komórek - śmieje się dr Bużańska.

Mózg biało-czerwony

Co dalej? - Mamy nadzieję, że nasze komórki macierzyste okażą się przydatne w leczeniu uszkodzeń powstałych po udarze mózgu, a także innych chorób układu nerwowego - mówi prof. Domańska-Janik. Są łatwo dostępne, ich pozyskiwanie nie budzi wątpliwości etycznych, wygląda na to, że można je podawać różnym biorcom bez obawy o odrzucenie przeszczepu, nie powinny zmieniać się w nowotworowe, rosną jak na drożdżach, można je mrozić, rozmrażać, przechowywać do woli. Ideał? Być może. Na razie wciąż jest więcej pytań niż odpowiedzi, ale już dziś przymierzamy się do pierwszych prób naprawy mózgu za ich pomocą.

- Proszę popatrzeć na tę czerwoną kulkę w szklanym naczyniu - mówi pani profesor. - To mózg szczura. Widzi Pan białą smugę? W tym miejscu zniszczyliśmy naczynie i wywołaliśmy udar. Ta partia mózgu została trwale uszkodzona. Trwale? Tak myślano do wczoraj. Dziś liczymy na to, że po wstrzyknięciu naszych komórek chora tkanka znów zacznie pracować a uszkodzona partia mózgu odzyska krwistoczerwoną barwę. Czyż to nie wspaniała perspektywa? Może podobna sztuka uda się na ludziach? Kiedy to nastąpi?

Na razie sen z powiek pani profesor spędza troska o fundusze na kolejne badania. - Gdyby nie entuzjazm stażysty-wolontariusza Mirosława Janowskiego i pomoc doc. Ewy Koźniewskiej z naszego Centrum, dalsze prace nad naprawą szczurzego mózgu musielibyśmy zawiesić na kołku.

A gdyby pieniędzy było w bród? - No cóż, może jestem pesymistką, ale uważam, że od wprowadzenia terapii komórkowej do klinik neurologicznych dzieli nas w najlepszym razie i tak 10 lat - mówi prof. Domańska-Janik.


Wszczepione do mózgu elektrody sprawiły, że pacjent po ciężkim urazie zaczął po sześciu latach kontaktować się z otoczeniem

Kilka lat temu media na całym świecie obiegła wiadomość o niezwykłym przypadku Terry'ego Wallisa. W 1984 roku w wyniku wypadku samochodowego i będącego jego następstwem ciężkiego urazu mózgu 19-letni wówczas Wallis zapadł w tzw. stan minimalnej świadomości (MCS, minimally conscious state).

W odróżnieniu od trwałego stanu wegetatywnego (w którym była znana Terri Schiavo) ludzie w MCS od czasu do czasu (choć bardzo rzadko) wykazują pewne oznaki rozbudzenia i starają się nawiązać kontakt z otoczeniem. Wszystkie te działania mają jednak charakter krótkotrwały. Z reguły są więc skazani na dożywotnie przebywanie w domu opieki społecznej. Terry Wallis spędził w nim prawie 20 lat.

A potem się obudził.

Kilka lat temu na łamach „Journal of Clinical Investigation” uczeni dowiedli, że mózg Terry'ego zdołał samoistnie odbudować sieć połączeń nerwowych, co umożliwiło mu wyjście z MCS.

Podobna historia stała się udziałem 38 letniego mężczyzny (jego danych na razie nie ujawniono), który ponad sześć lat temu, również w wyniku wypadku, odniósł ciężki uraz głowy i zapadł w stan minimalnej świadomości. - Czasami mrużył oczy czy poruszał palcem. To były jedyne oznaki prób kontaktowania się z otoczeniem. Nie był również w stanie sam jeść i przełykać, więc odżywialiśmy go podłączoną na stałe do żołądka sondą - mówią dziś opiekujący się nim lekarze.

Gdy jego bliscy stracili już nadzieję, on także odzyskał przytomność. Od Terry'ego Wallisa odróżnia go jednak bardzo istotny szczegół. Tutaj o przypadku czy cudzie mowy być nie może. Pacjenta z MCS wybudzili lekarze. Zrobili to w pełni świadomie, posługując się najnowocześniejszą znaną medycynie techniką. Po raz pierwszy poinformowali o swoim sukcesie w październiku ubiegłego roku w Atlancie podczas kongresu Amerykańskiego Towarzystwa Neurobiologicznego („Gazeta” z 19.10.2006). W najnowszym wydaniu tygodnika „Nature” ujawniają szczegóły zabiegu.

Głęboko we wzgórzu

Głównym autorem pracy jest dr Nicholas Schiff z Weill Cornell Medical College w Nowym Jorku. To właśnie on ponad dekadę temu opracował teoretyczne podstawy wybudzania pacjentów pozostających w stanie minimalnej świadomości.

Badając ludzi z rozpoznanym MCS, Schiff stwierdził, że u wielu z nich pomimo poważnych uszkodzeń duże rejony mózgu wciąż starają się normalnie pracować, choć nie są na tyle „silne”, by sprawić, że stan chorego sam się poprawi. Może więc należałoby im dać jakiś dodatkowy impuls, np. elektryczny - zastanawiał się badacz.

Na szczęście w ostatnich latach technika ta zwana głęboką stymulacją mózgu (DBS, deep brain stimulation) uległa znacznemu udoskonaleniu. Stosuje się ją już w chorobie Parkinsona, a w przypadku epilepsji czy depresji trwają zaawansowane próby kliniczne.

Pionierskiego zabiegu zdecydował się podjąć dr Ali Rezai z Cleveland Clinic. Wraz ze swoim zespołem wszczepił pacjentowi z MCS dwie elektrody zasilane umieszczonymi na piersi generatorami prądu. Elektrody skierowano do wzgórza, swoistego centrum przekaźnikowego, w którym zbiegają się szlaki nerwowe związane z pobudzeniem, utrzymaniem uwagi i emocjami.

Wynik trwającej 10 godzin operacji przeszedł najśmielsze oczekiwania lekarzy. Już po 48 godzinach u chorego zanotowano znaczne pobudzenie - był w stanie utrzymywać otwarte oczy i zwracać głowę w kierunku mówiącej do niego osoby.

Pacjentem zajął się teraz dr Joseph Giacino z JFK Johnson Rehabilitation Center. Przez pierwsze 50 dni stosowano tylko standardową rehabilitację. Potem znów przyszedł czas na terapię prądem.

Nadzieja dla innych?

Przez 18 tygodni mózg 38-latka był pobudzany odpowiednio dobranymi impulsami. W tym czasie powróciła mu mowa - był w stanie odpowiadać na pytania, nazywać otaczające go przedmioty, sięgać po nie, np. podnosić do ust filiżankę, a co najważniejsze - samodzielnie jeść i połykać. - Mój syn może wyrażać swoje odczucia, dawać znak, gdy coś go boli. Cieszy się życiem w sposób, o jakim myśleliśmy, że już nigdy nie będzie możliwy - mówi dziś matka mężczyzny.

Po czterech i pół miesiąca zaczął się kolejny etap eksperymentu. Naukowcy przez pół roku na przemian włączali i wyłączali elektrody. Okazało się, że pacjent najbardziej rozbudzony był podczas bezpośredniej stymulacji. Co jednak ogromnie ucieszyło badaczy, nawet gdy DBS wyłączano - chory wciąż był przytomny, co świadczy o tym, że dzięki nowatorskiej technice jego stan uległ poprawie na stałe. Wyniki osiągnięte przez naukowców z USA zostały przez większość ekspertów uznane za przełom. Już podniosły się głosy, że w przyszłości trzeba będzie całkiem zmienić podejście do opieki i rehabilitacji ludzi z MCS.

Oczywiście pozostaje wiele wątpliwości. Po pierwsze, na razie opisano przypadek zaledwie jednego człowieka. - Czy otrzymane wyniki uda się powtórzyć również u innych? Do jakiego stopnia uszkodzony mózg można leczyć za pomocą głębokiej stymulacji? U których pacjentów należy pobudzać wzgórze, a u których inne regiony - pytają w specjalnym komentarzu w „Nature” Michael Shadlen i Roozbeh Kiani z Howard Hughes Medical Institute. Odpowiedź dadzą być może kolejne eksperymenty. Amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków wydała już zgodę na zastosowanie opisanej techniki u kolejnych 11 osób z MCS.

Źródło: Gazeta Wyborcza


Obudzony po latach

Wielki sukces odnieśli amerykańscy neurochirurdzy. Dzięki tzw. głębokiej stymulacji mózgu obudzili pacjenta, który po przebytym wypadku, przez sześć lat przebywał w stanie minimalnej świadomości, przypominającym wegetację. Po operacji wszczepienia elektrod, mężczyzna nawiązał kontakt z otoczeniem.

Operacja polegała na wszczepieniu w mózg 38-letniego mężczyzny stymulatorów, pobudzających słabym prądem różne części kory mózgowej

Operacja polegała na wszczepieniu w mózg 38-letniego mężczyzny stymulatorów, pobudzających słabym prądem różne części kory mózgowej.

Wcześniej z pacjentem w ogóle nie było kontaktu. Sporadycznie tylko ruszał palcem lub gałką oczną. Teraz wykonuje proste czynności i przede wszystkim rozmawia.

Elektrody wszczepiono w obszar mózgu nazywany wzgórzem. Jego aktywność pobudza wiele rejonów kory mózgowej. Badania potwierdziły, że poprawa stanu zdrowia jest efektem działania stymulatora. Gdy urządzenie wyłączono, pacjent wpadł w stan minimalnej świadomości i obudził się, gdy ponownie stymulator włączono.

Pacjent nadal jest upośledzony, ale poprawiła się jakość jego życia, może komunikować się z otoczeniem.

Zespół naukowy rozpoczyna teraz badania na 12 kolejnych osobach pogrążonych w stanie minimalnej świadomości. Wszystko wskazuje na to, że metoda może pomóc tylko tym pacjentom, których kora mózgowa daje sygnał jakiejś aktywności. Głęboka stymulacja nie przyniosła efektu w przypadku głośnej sprawy Terry Schiavo dwa lata temu. Jej mózg był całkowicie uśpiony.


Narodzony po raz drugi Po dwóch latach śpiączki chory odzyskał świadomość i mowę. W letargu widział i słyszał wszystko, ale nie mógł o tym powiedzieć

Małgorzata Brączyk - Korespondencja z Neapolu 38-letni Salvatore Crisafulli jak wielu mieszkańców Katanii dojeżdżał do pracy motorowerem. 11 września 2003 r. nie dotarł na miejsce. Na prostej drodze wpadł pod ciężarówkę przewożącą mrożonki. Zderzenie było tak silne, że mężczyzna przekoziołkował w powietrzu kilka metrów. Kiedy karetka pogotowia przyjechała na miejsce, leżał bezwładnie na jezdni. Ordynator oddziału reanimacji miejscowego szpitala, Sergio Pintaudi, już po pierwszych oględzinach nie dawał żadnych nadziei. 29 października 2003 r. Salvatore został przewieziony do specjalistycznego centrum neurologicznego w Mesynie. Mężczyzna ani na chwilę nie odzyskał przytomności. Po 81 dniach lekarze zdecydowali się ograniczyć wszelkie zabiegi – uznali, że pacjent nie rokuje najmniejszych szans na poprawę. – Stwierdzili, że medycyna nie może nic dla niego zrobić – mówi młodszy brat Pietro. Kiedy starał się przekonać medyków, że Salvatore nie jest rośliną (– Przecież on płacze, zobaczcie – mówił), wzruszali ramionami. – Łzy nic nie znaczą, to odruch bezwarunkowy – twierdzili. Za bezwolne uznali również drgnięcie ręki. Pietro nie wytrzymywał nerwowo, krzyczał, że są nieludzcy.

Przyczepą po nadzieję

W poszukiwaniu lepszej opieki rodzina postanowiła przewieźć chorego na północ kraju. Okazało się jednak, że nie ma żadnej możliwości umieszczenia go w specjalistycznej placówce. W tej sytuacji Pietro, który lata temu opuścił rodzinne strony i przeprowadził się do Toskanii, zdecydował się zrezygnować z pracy i przyjąć brata w swoim mieszkaniu w Monsummano Terme koło Pistoi. Pietro opiekował się chorym dzień i noc. W wolnych chwilach starał się zdobyć jak najwięcej informacji o chorobie brata, szukał pomocy. Wreszcie udało mu się nawiązać kontakt z Leopoldem Saltuarim z Austrii, uważanym za największy światowy autorytet w dziedzinie reanimacji. Ponieważ nie zdołał załatwić karetki pogotowia, zawiózł brata wypożyczoną przyczepą kempingową. Niestety, prof. Saltuari także orzekł, że Salvatore nie ma żadnych szans na wybudzenie. – Uszkodzenia mózgu są nieodwracalne i prawdopodobnie chory umrze za trzy, cztery lata z powodu niewydolności oddechowej – wytłumaczył rodzinie. Na karcie chorego wypisał: stan wegetatywny permanentny. Po powrocie z Austrii nastały czarne miesiące, coraz trudniej było uzyskać jakąkolwiek pomoc ze strony państwowej służby zdrowia. Na początku lutego br. Pietro zawiózł brata do rodzinnej Katanii. Kiedy w marcu br. zrobiło się głośno o sprawie Amerykanki Terry Schiavo (mąż zwrócił się do sądu o pozwolenie na odłączenie urządzeń utrzymujących przy życiu jego pogrążoną w letargu żonę), Pietro rozpoczął z nowymi siłami swoją batalię. W sukurs przyszły prasa i telewizja. Zdesperowany mężczyzna ogłosił, że zrobi to samo, odłączy brata od urządzenia, dzięki któremu jest żywiony: – Zrobię to, bo nie mam sił, jestem sam, lekarze i tak postawili na nim krzyżyk. Zabiję go. Dramatyczny apel poskutkował. Sytuacją Salvatore zainteresował się minister zdrowia, Francesco Storace. Dygnitarz odwiedził chorego w domu i obiecał pomóc. Wkrótce mężczyzna trafił do specjalistycznej placówki San Donato w Arezzo. – Dopiero tam, półtora roku od wypadku, zajęto się nim naprawdę, jak należy – opowiada Pietro. Efekty były widoczne już po trzech miesiącach. W lipcu br. Salvatore odzyskał przytomność. Lekarze zdecydowali się przewieźć go do rodzinnego domu w Katanii. Pietro najpierw był przeciwny, bał się, że znów o nim zapomną, ale minister osobiście zapewnił go, że Salvatore będzie otoczony opieką przez całą dobę. Słowa dotrzymał.

Pierwsze słowa

To w mieszkaniu matki, Angeli, na ulicy Brancato 14 w rodzinnej Katanii, Salvatore wypowiedział pierwsze słowo. Było około wpół do piątej po południu, 4 października nieodstępująca syna staruszka poprawiała mu właśnie poduszkę, pomagał jej logopeda, kiedy Salvatore wyszeptał z trudem: – Mama – i się rozpłakał. Natychmiast zadzwoniła do Pietra i całej rodziny. Zlecieli się jak na skrzydłach. Drugim wyrazem, jaki wypowiedział chory, było imię Petru (w sycylijskim dialekcie Pietro), potem wymówił po kolei imiona wszystkich bliskich: ojca, czwórki swoich dzieci, braci, sióstr. Salvatore leży na łóżku w pokoju pełnym specjalistycznych maszyn. W mieszkaniu zainstalowane są monitory, dzięki którym można go widzieć z każdego pomieszczenia. W pokoju chorego jest również specjalny komputer, za pośrednictwem którego mógł się komunikować z rodziną jeszcze przed odzyskaniem mowy. (Ponieważ rozmowa bardzo go męczy, ciągle jeszcze go używa). Na ścianie wiszą wizerunek świętej Agaty, patronki Katanii, której Salvatore jest specjalnie oddany, obrazek ojca Pio, krzyż, szalik w kolorach miejscowej drużyny futbolowej i zdjęcie ministra Storacego. Codziennie odwiedza go mnóstwo ludzi, rodzina, znajomi, dziennikarze. Każdy chce na własne uszy słyszeć jego opowieść.

Nie mogłem dać znać, że rozumiem

A opowiada rzeczy zdumiewające. Jedynie wypadku nie pamięta. To, co nastąpiło później, pamięta z najdrobniejszymi szczegółami. Pamięta szpitalną salę, płaczącą nad nim matkę, rozpaczającą rodzinę. Słyszał każde słowo, słyszał, jak brat przekonywał lekarzy, że się przebudzi, że wszystko rozumie. – Nie mogłem mówić, nie mogłem się poruszać, nie mogłem nic zrobić, żeby dać znać, że rozumiem. Więc płakałem. A lekarze twierdzili, że to odruch bezwarunkowy. Mówili, że nic nie czuję, że nie jestem w stanie odczuwać. Byłem bezsilny. Dzisiaj lekarze, którzy opiekowali się chorym, wycofują się ze swojej diagnozy. Prof. Pintaudi ze szpitala im. Garibaldiego w Katanii, gdzie Crisafulli został przewieziony tuż po wypadku, twierdzi, że nigdy nie mówił, iż pacjent jest w stanie nieodwracalnej śpiączki. Podobnie lekarze z Mesyny. To najbardziej denerwuje Pietra. – Chowają głowę w piasek. Jak to nie wydali takich opinii? Przecież mam wszystkie papiery! I pokazuje kolejne świadectwa. – Stan wegetatywny nieodwracalny, koma, a tutaj, o, proszę zobaczyć – pacjent niekontaktowy. Co to znaczy niekontaktowy? Przecież to nie urząd telekomunikacyjny, ale szpital. Powiedziałem to lekarzowi, który tak napisał. Chciałem zrozumieć, chciałem, żeby ktoś mi wytłumaczył. Ale gdzie tam! Żaden z nich się nie pofatygował, żeby porozmawiać z rodziną, w pięć minut obejrzeli chorego, szast-prast diagnoza, następny proszę. Pietro ciągle nie potrafi spokojnie o tym wszystkim mówić. Jest przekonany, że może go zrozumieć jedynie ten, kto przeżył podobny dramat.

Sercem cię słyszę

We Włoszech jest blisko 6 tys. chorych w stanie śpiączki wegetatywnej. Większość z nich to osoby młode, ofiary wypadków drogowych i wypadków przy pracy. (Najdramatyczniejszy jest przypadek Eluany Anglaro, która od 13 lat jest w stanie bezwładu wegetatywnego. Jej ojciec kilka razy zwracał się o odłączenie chorej od urządzeń utrzymujących ją przy życiu). Wielu rodzinom, które borykają się z tym dramatem, przypadek Salvatore dał nadzieję, że może i ich chorego spotka podobna łaska. – Wiele osób prosi o rady, czasem zwykłe, dotyczące pielęgnacji chorego. Problemów jest morze: z rehabilitacją, żywieniem, codzienną higieną, jak nie dopuścić do odleżyn. Czasem dzwonią w chwili zwątpienia, żeby ich podnieść na duchu, dodać otuchy – mówi Pietro. Pietro Crisafulli, który całkowicie poświęcił się bratu, zdaje sobie sprawę, że Salvatore miał ogromne szczęście, jego przypadek graniczy z cudem, dlatego zawsze znajduje czas, aby choć chwilę porozmawiać z wszystkimi, którzy telefonują, jeśli telefon jest zajęty, oddzwania. Wie, że czasem wystarczy jedno dobre słowo, aby przywrócić siły i wiarę. Jego internetowa strona stała się miejscem spotkań i wymiany doświadczeń. Niebawem ukaże się książka „Łzy życia” opisująca historię Salvatore. Najważniejsza według Pietra jest wiara. Trzeba mieć też niespożyte siły. Nie wszystkim jest to dane. Nie zniosła ciężaru tragedii żona chorego. Po wypadku doznała szoku i popadła w depresję, z której powoli się otrząsa, ale w jej życiu nie ma miejsca dla męża. – Zapomniała o nim albo chce zapomnieć, nie ma dość siły, żeby udźwignąć tak ogromny ciężar – tłumaczy Pietro. Nie ma żalu do szwagierki. – Ludzka słabość – mówi. Sam nie podejrzewał, że ma tak wiele hartu. Nie zdawał sobie też sprawy, że o dwa lata starszy od niego brat jest mu tak bliski, że gotów byłby dla niego na wszystko. Kiedy Salvatore leżał u niego w mieszkaniu w Monsummano Terme, czasem bił głową w ścianę, bo nie wiedział, co robić, kogo prosić o pomoc. Widział, że Salvatore płacze, widząc jego rozpacz – wtedy nucił mu ich ulubione piosenki. Jako chłopcy śpiewali razem w chórze prowadzonym przez instytut San Gregorio w Katanii. To koiło ich rozdygotane nerwy. Pietro własnym sumptem nagrał płytę z ulubionymi piosenkami brata. Jedną napisał sam: „Bracie mój – mówię do ciebie – ty mi odpowiadasz – sercem cię słyszę”. Dzień po dniu kondycja Salvatore się poprawia. Niedawno zaczął poruszać głową i nogą. Dzięki specjalnemu urządzeniu utrzymującemu go w pozycji pionowej może ćwiczyć kręgosłup. Zaczął normalnie jeść (wcześniej był sztucznie żywiony). Powoli robi postępy w mówieniu. – Salvatore raczej nigdy nie będzie całkowicie autonomiczny, ale dla nas to i tak dużo, to cud – mówi Pietro. Przypadek Salvatore sprawił, że włoski komitet do spraw bioetyki wydał oświadczenie, w którym wypowiada się przeciwko odłączaniu sztucznego karmienia i pojenia osób będących w stanie śpiączki wegetatywnej. Podawanie pokarmu i wody nie jest uporczywym obstawaniem przy działaniach przedłużających życie za wszelką cenę. Nie jest to zajadłość terapeutyczna – stwierdza dokument.

314821
Odwiedzin od 2009 roku